[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Mongolii? Wy coś o tym wiecie. Czuję to przez skórę...
- Przyjechał do Ułan-Bator Ałmaz Ungern von Sternberg - powiedział Michaił. - Syn
barona Romana...
- Pamiętam - odezwał się starzec. - Dawno nie mieliśmy wodza. Chan Roman umiał
przemawiać, pociągnął za sobą wielu... Otrzymał pierścień Czyngiz-chana... Oddał go komuś,
zanim umarł... Ten ktoś wędruje przez stepy albo po drogach innych krajów. Kiedyś
przybędzie do nas. I pójdą za nim Mongołowie. I poniosą imię Czyngiz-chana w świat...
Zapadła cisza. Starzec patrzył w ogień.
- Może kiedyś zostanie znaleziony czarny kamień - powiedział w zadumie. - A gdy to
nastąpi, odrodzi się Mongolia. Znowu będziemy potęgą. Zegną się karki Rosjan i
Chińczyków. Zgroza ogarnie Europę...
- Czarny kamień? - zapytał Michaił.
- Trzy są kamienie święte - powiedział w zadumie starzec. - Jeden wmurowany w
grobie waszego proroka Aarona daleko stąd, w Libanie. Drugi zdobi Kaabę, święte miejsce
muzułmanów. Trzeci należał do władców Karakorum... W połowie XIX stulecia biały
człowiek ukradł go. I opuściło nas szczęście. Byliśmy dumnym narodem, a gniew bogów był
straszny. Staliśmy się niewolnikami... Nasi wysłannicy szukają czarnego kamienia po świecie.
A gdy go odnajdą, powrócą dawne, dobre czasy. Znowu będziemy panami Azji...
Czułem, jak coraz bardziej ogarnia mnie groza. Starzec wpadł w uniesienie prorockie.
Miałem wrażenie, że nie snuje rozważań o przyszłości, tylko patrzy w nią i głosi to, co
nastąpi.
- Ja już tego nie doczekam. Ale wasze dzieci może... Teraz wam pora ruszać.
Rozgrzaliście się, a niedaleko znajdziecie samochód, który po was jedzie... W drogę.
Podziękowaliśmy za poczęstunek i opuściliśmy jurtę. Zapadł już zmrok, ale szlak na
szczęście był dobrze widoczny.
- Miałeś mi powiedzieć o tej tabace - przypomniałem Michaiłowi.
- Wybacz, Pawle, nie chcesz o tym usłyszeć...
- Nie drocz się, mów. Zapewniam cię, że jestem twardym człowiekiem. Co to było?
Sproszkowany jałowiec?
- Roślina zwana jurguj... rośnie na stepach. Pasie się nią kozy, ale wyłącznie te o
idealnie białej sierści.
- Ale trochę zostaje do robienia tabaki?
- Nie. Widzisz, odchody tych kóz suszy się odpowiednio, miesza z odrobiną mleka,
znowu suszy i proszkuje. Tak powstaje najlepsza miejscowa tabaka...
- A niech to... - zakląłem i energicznie zacząłem przedmuchiwać obie dziurki.
- On miał rację - uśmiechnął się Michaił. - Nie powinniśmy żyć między nimi. Ich
obyczaje kształtowały się przez tysiące lat w zupełnie innych warunkach niż nasze...
- O co chodzi z tym kamieniem? - zagadnąłem.
- Prawdopodobnie to meteoryt, taki jak ten wmurowany w Kaabę w Mekce.
Widocznie jakiś parszywy typ ukradł go, żeby sprzedać w Europie.
- Sądzisz, że zdołają go odnalezć?
- Trudno ocenić. Mają pewne szansę. Mógł wzbogacić jakąś kolekcję. Może wystawia
go któreś z muzeów. Meteoryty są dość rzadkim znaleziskiem. Jeśli był odpowiednio
okazały... W każdym razie trzymajmy za nich kciuki.
- Czekaj, co on powiedział o grobie Aarona?
- Tam także jest taki kamień, w Dżebel Harun, w Jordanii. Ludziska czczą dziwne
rzeczy...
- Głaz wmurowany w Kaabę jest meteorytem - mruknąłem. - A ten w grobie Aarona?
- Nie wiem. Nigdy go nie widziałem. Jest na terenach arabskich. Nad grotą, gdzie
spoczywa ciało proroka, nadbudowano meczet. Tam nie wpuszcza się niewiernych -
uśmiechnął się lekko. - Czasem może nie warto zastanawiać się, co jest czym i skąd się
wzięło... Mongołowie wierzą, że gdy odzyskają swoją relikwię, powróci do nich utracone
szczęście... Dlatego życzmy im, aby ją odzyskali.
Kiwnąłem głową, choć w zapadającym zmierzchu nie mógł mnie chyba widzieć.
W tej chwili na horyzoncie zabłysły dwa światełka. Zbliżały się szybko i niebawem
Paul Vandersyft zatrzymał samochód koło nas.
- Witajcie, lotnicy - uśmiechnął się. - Gdzie to zgubiliście swoją dwupłatową
maszynę?
- Stoi kilka kilometrów stąd - wyjaśniłem. - Trochę przetrącona; trzeba będzie zdobyć
nowe śmigło i poprawić lewe skrzydło...
- Wsiadajcie, podrzucę was - zażartował.
Usadowiliśmy się we wnętrzu jeepa i pomknęliśmy w stronę zajazdu.
- Dziękujemy, że pan po nas przyjechał - powiedziałem.
- Drobiazg. Na moim miejscu postąpilibyście tak samo.
- Jak posuwają się badania w zajezdzie? - zainteresowałem się.
- No cóż, wygląda na to, że szukamy znowu w niewłaściwym miejscu - westchnął. -
Wewnątrz budynku znalezliśmy skrzynkę obitą blachą, niestety była pusta, kawał łańcucha,
pewnie do przypinania zwierząt, bo miał karabińczyk na końcu. A, i felgę od ciężarówki.
- To faktycznie niewiele - zadumałem się. - A co u was?
- Chwilowo nic - powiedziałem. - Ale nie tracimy nadziei. Do pustyni Gobi jeszcze
spory kawałek...
- Sądzę, że wszyscy szukamy zle. Nie odwiezliby złota taki kawał od klasztoru.
- Dlaczego nie? - zdziwiłem się.
- Teren naprawdę kontrolowany przez barona Ungerna był dość szczupły.
Wywiezienie skarbów poza zasięg posterunków wojskowych groziło, że wpadną one w ręce
lokalnych watażków...
- Odważyliby się wystąpić przeciw baronowi? - zdumiałem się. - Nazwisko Ungern
musiało budzić grozę...
- Być może, ale baron daleko, a złoto blisko. Po prostu spróbowałem postawić się w [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl