[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wyblakłą farbą duchowe przesłania końca minionego stulecia:  Kto ma spray, ten ma
władzę ;  Spray jak czay w to mi gray ;  Lubię grzebać w dupie - Tomcio Paluch .
Czekała go jeszcze wędrówka do dawnego osiedla, na sąsiednie wzgórze, spadającą w
dół, a potem pnącą się wysoko ulicą Krasickiego. Tu było już gorąco jak na patelni. Nie dał
za wygraną, szedł, omijając ustawione w poprzek ulicy betonowe poręcze.
Kompleksy budynków opleciono policyjnymi taśmami, jak wszędzie ustawiono
tablice ostrzegawcze. Jego dom nie miał już okien ani drzwi, stał ażurowy, jakby złożony z
klocków. To śmieszne, wyglądał tak samo jak wtedy, kiedy co tydzień przybiegali tu z Mirką
i klęli z niecierpliwości, czekając końca ślimaczącej się budowy i kluczy do własnego kąta.
Obok Irka stanął facet z drugiej klatki, którego znał z widzenia ze trzydzieści lat.
- O, teraz to im szybko idzie - zauważył, zadzierając głowę. - Mają taką maszynę,
tłoczą do mieszkania rozżarzone powietrze, wszystko popieleje w dziesięć minut i spokój.
Podjeżdża wielki zbiornik, wsysa popiół jak odkurzacz i już, beton czysty, można rozbierać.
Ciężko przeżył wyprawę do domu, choć pozornie niczym się nie przejął. Po powrocie
spał kilka godzin, bolała go pózniej głowa, zaczęły się nudności i kłucia kręgosłupa. Na
dodatek tego wieczoru nie przyszła Aucja.
Nie przyszła też i następnego, i jeszcze następnego. Niepokoił się, szukał jej przez
kilka dni. Chodził po mieście, wystawał przed sklepem, gdzie się spotkali. Szukałby pewnie
dalej, ale zupełnie stracił siły. Czuł, że Proxeol z trudem powstrzymuje ból, nie może jednak
powstrzymać coraz większej słabości i fal wysokiej gorączki. Organizm odmawiał też
przyjmowania pokarmów, tolerował tylko najlżejsze rzeczy, resztę zwracał. Przestraszył się
nie na żarty dopiero wtedy, gdy po takim wymiotnym odruchu spostrzegł kilka ciemnych
kropel krwi.
W pierwszej chwili rozpaczliwie chciał wracać do Wszechwłogi. Ze strachem, wiele
razy biorąc do ręki modem i odkładając go z powrotem, wszedł na terminal Oddziału O-L.
Na szczęście ukazała się Majami. Po ucieczce Wszechwłoga podobno wpadł w szał, Bogu
ducha winnego Babilona, który nie był jeszcze zakwalifikowany, wysłał do zakładu
psychiatrycznego i kazał zgłosić zaginięcie Irka na policję. Tam jednak powiedziano, że
Ireneusz Słupecki na pewno nie żyje, i przedstawiono szpitalną dokumentację, wytykając przy
tym bałagan na oddziale.
- Bądz dzielny- powiedziała. - Twoja córka ciągle tu wchodzi, co robić?
- Niech pani poinformuje, że... zgodnie z dokumentacją...
- Bądz sobą.
Przez tydzień nie wstawał z łóżka. Brał już podwójne zastrzyki, co utrzymywało go w
stanie lekkiego oszołomienia i pobudzenia. Nie jadł, nie spał, zmuszał się tylko do picia
mleka, które parę razy zwrócił, zabarwione na różowo.
Powoli dojrzewała w nim decyzja, postanowił nie zwlekać.
W sobotę rano ubrał się i wyszedł. Zostawił na stole modem Cmona, starannie
zamknął drzwi, chipowe karty zniszczył i wyrzucił do kosza.
W spożywczym supermarkecie dla kobiet sieci FADRA kupił puszkę piwa  Napój
cienisty z podobizną Leśmiana, otoczoną wieńcem z chmielowych szyszek, wsadził ją do
kieszeni i pojechał na dworzec autobusowy.
Czekał długo, ale w końcu złapał odpowiedni kurs. Autobus bezszelestnie sunął starą
szosą warszawską, pustą w południe, nieuczęszczaną, służącą dziś tylko mieszkańcom
okolicznych wsi. Za Stawigudą skręcił w piękną, leśną drogę do Plusk i tam Irek wysiadł na
samotnym przystanku. Z chłodnego wnętrza prosto w słoneczny żar, przepojony żywicą,
wonią rozgrzanego igliwia.
Zcieżką prowadzącą w dół zszedł ku jezioru. Jak za dawnych czasów było migotliwe i
srebrne, broniło się przed upałem ledwie zauważalną mgiełką.
Usiadł pod drzewem i pił piwo. Izotermiczna puszka doskonale trzymała chłód, który
drobnymi bąbelkami drapał w podniebienie, a potem rozchodził się po brzuchu, łagodząc na
chwilę gorączkę i kiełkujący gdzieś głęboko ból. Nie rozmyślał, patrzył na grę słońca w
koronach sosen.
- Leśniczówka Ustrych... - powtarzał.
Nagle zorientował się, że nie jest sam. Niedaleko, za większą kępą traw leżała
przytulona para młodych ludzi. Kochali się przedtem albo spali w cieniu, teraz zaczęli
rozmawiać.
- Nie chce mi się nawet myśleć o końcu urlopu - mówił chłopak. - Jak mogę wrócić do
normalnego życia, kiedy nie umiem normalnie żyć? Mam dość serwerów, rzygam
informacjami, ten cały natłok mnie ogłupia, robi ze mnie nakręconą maszynkę. Chciałbym tak
cały czas leżeć z tobą albo być w lesie, albo móc nie wiedzieć, co będę robił za miesiąc o
piętnastej trzydzieści. Pożyć z dnia na dzień, zjeść coś, czego nie ma w diecie, nie być
dostępnym przez sieć o każdej porze...
- Jutro wyrzucimy modemy - rozległ się głos dziewczyny. - Decydujemy się, nie
będziemy w kółko tylko o tym gadać. Od września nie idę do pracy, chcę naprawdę żyć i
naprawdę się cieszyć! A teraz - do wody! Precz ze zgniłym światem!
Podnieśli się, chwycili za ręce. Byli całkowicie nadzy, zupełnie pozbawieni włosów.
Wbiegli do jeziora jak do ożywczego zródła, skacząc i szalejąc tak, że w wodnych bryzgach
na chwilę ukazała się tęcza.
Irek również powstał i ruszył dalej brzegiem. Szedł, chłonąc błotną wilgoć,
przecinając fale woni rozgrzanego słońcem sitowia. W miejscu, gdzie otwierała się niewielka
zatoczka, zobaczył rybaka z wędką, siwowłosego mężczyznę, siedzącego na pomoście zbitym
z kilku desek. Zapytał o leśniczówkę Ustrych.
Rybak odwrócił głowę, wskazał na wylot leśnej przesieki, której koniec zamazywał
się w dali.
- Dobrze, że pan pyta. Tędy! Trzeba tylko iść po słonecznej stronie, wtedy na pewno
pan trafi.
Irek, rozkopując nogami nagrzany piasek, posłusznie podążył we wskazanym
kierunku. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl