[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dziły mu z orbit, z rozwartego pyska kapała ślina, oddech wydobywał się ze świstem
z umęczonych płuc.
 Otwórz bramę  krzyknął Stagg.  Jadę do Baltimore! Jadę tak, jak przystoi Ro-
gatemu Królowi!
Milczący farmer otworzył wrota. Nie zamierzał ryzykować odmawiając Słoneczne-
mu Bohaterowi swego bezcennego byka; nie mógłby odmówić mu także domu, żony,
córki, życia...
Stagg skierował swego wierzchowca w stronę miasta. Daleko, z przodu, dojrzał pę-
dzący powóz. Nawet z tej odległości dostrzegł Sylwię jadącą uprzedzić mieszkańców
o jego wcześniejszym przybyciu i przekazać im obietnicę  obietnicę podbicia miasta.
Miał ochotę pościgać się z nią i przyjechać, jak zamierzał, niezapowiedziany, ale je-
leń dyszał ciężko, pozwolił mu więc zwolnić. Pół kilometra przed Baltimore Stagg kop-
nął bestię piętami w żebra wrzeszcząc jednocześnie w jej uszy. Jeleń przeszedł w kłus,
a pózniej, ciągle poganiany przez jezdzca, w galop. Przejechali między dwoma wzgó-
rzami i nagle znalezli się na głównej ulicy miasta, ciągnącej się przez dwanaście prze-
cznic i kończącej na wielkim, centralnym placu, na który w pośpiechu spędzano tłumy.
63
W chwili, w której wjeżdżał w granice Baltimore, orkiestra zagrała  Columbia, klejnot
oceanu i grupa kapłanek wyszła mu na spotkanie.
Za kapłankami, ściśnięte w tłumie, stały maskotki  szczęśliwe, bo wybrane na ten
dzień, narzeczone Słonecznego Bohatera. Wyglądały bardzo pięknie w białych spód-
niczkach w kształcie dzwonu i białych koronkowych welonach; ich obnażone piersi tak-
że ozdobione były kawałkami koronki. Każda z maskotek trzymała w ręku bukiet bia-
łych róż.
Stagg pozwolił swemu wierzchowcowi zwolnić i zebrać siły do ostatniego zrywu. Je-
chał powoli, kłaniając się i pozdrawiając rękami ludzi stojących po obu stronach drogi
i wrzeszczących dziko na jego cześć. Do dziewcząt stojących przy rodzicach, nieszczę-
śnic, które ominąć miała uroczystość, bowiem odpadły w konkursie Miss Ameryka, wo-
łał:  Nie płaczcie! Ja was nie odrzucę! Nie dziś!
Ulicę wypełnił nagle pisk trąbek, huk bębnów, wrzask syring. Kapłanki były już bli-
sko. Maszerowały, ubrane w jasnobłękitne szaty  kolor zarezerwowany dla bogini
Marii, patronki Marylandu. Legenda sławiła Marię, wnuczkę Columbii, córkę Dziewicy,
bo pokochała ten kraj i objęła jego mieszkańców swą opieką.
Kapłanek było pięćdziesiąt. Podchodziły coraz bliżej i bliżej, a Stagg stał ciągle i cze-
kał. Kiedy podeszły na mniej więcej pięćdziesiąt metrów, kopnął nagle jelenia piętami
i walnął go pięścią w głowę. Zwierzę stanęło dęba, cofnęło się i ruszyło galopem w stro-
nę zaskoczonych kobiet. Kapłanki przerwały śpiew, nie wiedząc co się dzieje. Nagle
z przerażeniem stwierdziły, że jezdziec nie powstrzymuje swego wierzchowca  prze-
ciwnie, popędza go  i w panice rzuciły się do ucieczki, próbując zejść mu z drogi, jed-
nak zbity w nieruchomą ścianę tłum opierał się ich naciskowi, nie uginając się nawet
o milimetr. Rzuciły się więc w inną stroną w poszukiwaniu drogi ucieczki, potrącając
się i przeszkadzając sobie nawzajem.
Na miejscu pozostała tylko jedna spośród nich: Wielka Kapłanka, kobieta lat oko-
ło pięćdziesięciu, trwająca w dziewictwie, którym czciła swą boginię. Stała w miejscu,
jakby przykuta do niego swą odwagą. Stała nieruchomo jak posąg, z ręką wyciągniętą
w geście błogosławieństwa, którym przywitać miała zjawiającego się Słonecznego Bo-
hatera. Zgodnie ze zwyczajem rzuciła mu pod nogi bukiet nagietków, złotym sierpem
kreśląc w powietrzu symbole religijne.
Nagietki wylądowały pod kopytami jelenia i natychmiast zostały stratowane. Ude-
rzona rogami kapłanka upadła na ziemię. Kopyta rozpłatały jej czaszkę.
Ta niespodziewana przeszkoda nie powstrzymała ważącego co najmniej tonę, pędzą-
cego jelenia. Z pełną prędkością wbił się w tłum przerażonych kobiet.
I stanął w miejscu, jakby trafił łbem w mur.
A Stagg wzleciał z jego grzbietu. Przez chwilę wydawało się, że zawisł w powietrzu
nad grupą kapłanek, którą uderzenie rozbiło na połowy. We wszystkie strony pofrunę-
64
ły ciała; jedne twarzami ku ziemi, inne plecami, jeszcze inne skulone, koziołkujące. Na
spotkanie Stagga pofrunęła głowa, odcięta z karku ciosem twardej kości.
Przeleciał nad błękitnym piekłem i znalazł się nad rajem białych welonów, skrytych
za welonami czerwonych ust, wirujących spódniczek i nagich dziewczęcych piersi.
Wylądował w pułapce koronek i ciał i znikł.
Rozdział ósmy
Peter Stagg spał aż do póznego popołudnia następnego dnia, a i tak obudził się jako
drugi człowiek w procesji. Pierwszym był Calthorp, siedzący cierpliwie przy łóżku swe-
go kapitana.
 Kiedy przyjechałeś?
 Do Baltimore? Deptałem ci po piętach. Widziałem, jak jechałeś na jeleniu, jak
stratowałeś kapłanki... widziałem wszystko.
Stagg usiadł i jęknął.
 Czuję się tak, jakby mi pozrywano wszystkie mięśnie.
 Sam je sobie pozrywałeś. Poszedłeś spać około dziesiątej rano. Ale powinieneś
czuć coś więcej niż zwykły ból. Jak tam twój kark?
 Rzeczywiście, jest coś takiego... Jakby ktoś sparzył mnie papierosem.
 To wszystko?  Calthorp uniósł w zdziwieniu brwi.  Cóż, mogę tylko powie- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl