[ Pobierz całość w formacie PDF ]

od których pochodziła cała jego rasa. Dziwaczne ciało kosmity ukrywało jednak
bystry i przenikliwy umysł. Dostojnik z Gwiezdnych Wrót musiał być prawdziwym
dostojnikiem, niezależnie od tego, jak wyglądał.
Czubek macki wyłonił się z pucharu i przekręcił kluczyk w urządzeniu
służącym do komunikowania się w języku międzygalaktycznym. Było to konieczne,
gdyż Orbsleoni na co dzień porozumiewali: się za pomocą dotyku.
 Ty być kto?
 Hywel Jern  moja odpowiedz była równie zwięzła jak jego pytanie.
Nie miałem pojęcia, czy w ogóle zna to imię. Eet również nie udzielił mi żadnej
pomocy. Po raz pierwszy zwątpiłem, czy mutant jest w stanie pomóc mi w dzwiganiu
ciężaru mistyfikacji. Mogło się zdarzyć, że nie byłby w stanie odczytać niektórych myśli
kosmity. W takim wypadku groziłoby mi wielkie niebezpieczeństwo. Czy teraz miałem
do czynienia z taką sytuacją?
 Ty przybyć... jak?  czubek macki wystukał pytanie na klawiaturze
komunikatora.
 Na jednoosobowym statku. Uderzyłem w księżyc, wsiadłem, do kapsuły
ratunkowej...  miałem już gotową historyjkę i liczyłem, że brzmi wiarygodnie.
 Jak ty przedostać się?  jego twarz oczywiście była bez wyrazu.
 Zobaczyłem transportowiec i uczepiłem się go. Podczas przeprawy silnik
kapsuły odmówił posłuszeństwa, musiałem awaryjnie lądować i przejść...
108
 Dlaczego przybyć?
 Zcigają mnie. Byłem rzeczoznawcą u dostojnika Estamphy, chciałem się
wykupić i żyć w spokoju. Ale Patrol miał na mnie oko... Nie mógł tego załatwić zgodnie
z prawem, więc opłacił człowieka, żeby mnie wykończył. Facet był pewien, że nie żyję.
Od tego czasu ciągle uciekam.  Mogli kupić tę bajeczkę tylko pod warunkiem, że
rozpoznaliby we mnie Hywela. Teraz, kiedy byłem już w tym pogrążony po uszy,
zacząłem sobie uświadamiać ogrom swojej głupoty.
Nagle Eet ocknął się i przemówił do mnie.
 Wysłali po kogoś, kto znał Jerna. Poza tym, kiedy wymieniłeś imię, nie znalezli
w rejestrze, że taki nie żyje.
 Co tutaj robić?  pytał dalej przesłuchujący.
 Jestem specjalistą od wyceny. Mógłbym być przydamy. No i... to jedyne
miejsce, w którym nie muszę się obawiać Patrolu.  Ciągnąłem dalej, tak śmiało, jak
tylko potrafiłem.
Zbliżający się człowiek wkroczył powoli i raczej dostojnie, co było konieczne
w warunkach osłabionej grawitacji. Wydawało mi się, że widzę go pierwszy raz w życiu.
Był mutantem, potomkiem Terran. Miał białe matowe włosy i chronione okularami
oczy Faltharianina. Gogle utrudniały mi odczytanie wyrazu jego twarzy. Na szczęście
Eet zdążył się przygotować.
 Nie zna dobrze twojego ojca, ale widział go kilka razy w siedzibie dostojnika
Estamphy. Raz przyniósł do niego zabytek z epoki Poprzedników, plakietkę z irydium
wysadzaną kamieniami bes. Hywel zaproponował mu trzysta kredytów, ale on nie
chciał sprzedać za tę cenę.
 Znam cię  powiedziałem szybko, korzystając z informacji przekazanych
przed Eeta.  Miałeś kiedyś pamiątkę po Poprzednikach... irydium inkrustowane
kryształami bes.
 To prawda  mówiąc językiem międzygalaktycznym odrobinę seplenił
 sprzedałem ci je.
 Nie! Oferowałem trzysta kredytów, ale ty uważałeś, że mógłbyś dostać więcej.
Pamiętasz?
Nie odpowiedział. Zamiast tego zwrócił się do Orbsleona.
 Wygląda jak Hywel i wie to, co tamten powinien wiedzieć.
 Masz jakieś wątpliwości?  macki znów zatańczyły na klawiaturze.
 Jest jakby młodszy...
Wysiłkiem woli zdołałem przybrać wyraz twarzy, który miał zostać odebrany
jako lekceważący uśmiech.
 Uciekinier nie zawsze może sobie pozwolić na zmianę wyglądu za pomocą
plasty, ale zawsze pozostają tabletki odmładzające...
Faltharianin nie odpowiedział od razu. Pomyślałem, że chętnie zobaczyłbym
jego twarz nieosłoniętą okularami. W końcu niemal niechętnie przyznał:
109
 Może być tak, jak mówisz.
Podczas tej wymiany zdań Orbsleon nie spuszczał ze mnie wzroku. Ani razu nie
mrugnął powieką, być może wcale nie potrafił mrugać. W końcu raz jeszcze sięgnął po
komunikator.
 Ty może przydatny. Ty zostać.
Ciągle nie wiedziałem, w jakim charakterze tu przebywam  jako jeniec
czy może pracownik? Wyprowadzono mnie z pokoju i wskazano pomieszczenie na
niższym piętrze, gdzie zostawiono nas samych z Eetem po uprzednim przeszukaniu
i sprawdzeniu, czy nie mamy przy sobie broni. Odebrano nam również skafander
poduszkę ratunkową. Spróbowałem otworzyć drzwi i bez szczególnego zdziwienia
stwierdziłem, że są zamknięte. Byliśmy więzniami, choć wciąż nie miałem pojęcia, co to
właściwie oznacza.
Rozdział dwunasty
W tej chwili najbardziej potrzebowałem snu. %7łycie w przestrzeni kosmicznej
toczy się według rozkładu zajęć nie pokrywającego się z naturalnym dobowym cyklem.
Nie zwraca się wtedy uwagi na słońce i księżyc, noc i dzień. W nadprzestrzeni nie trzeba
regularnie wyznaczać kursu statku, toteż człowiek kładzie się do łóżka, gdy odczuwa
zmęczenie i je, kiedy jest głodny. Nie miałem pojęcia, kiedy ostami raz miałem coś
w ustach ani kiedy ostami raz spałem. W każdym razie teraz odczuwałem dojmujący
głód, który walczył we mnie o lepsze z potrzebą snu.
Pokój, w którym nas zamknięto, był bardzo mały i prawie pozbawiony mebli.
Nieliczne sprzęty sprawiały takie wrażenie, jak gdyby zaprojektowano je z myślą
o ciasnej kajucie statku. Zauważyłem rozkładaną koję, którą w razie potrzeby można było
zwinąć w przylegający do ściany rulon, odświeżacz, z którego należało bardzo ostrożnie
korzystać i automat zjedzeniem. Bez specjalnych nadziei przekręciłem pojedynczą
tarczę nad dystrybutorem (najwyrazniej nie było żadnej możliwości wyboru menu).
Ku mojemu zdziwieniu, lampki na tablicy zabłysły i pokrywa dystrybutora odskoczyła,
ukazując gotowy posiłek i zamknięty pojemnik z płynem.
Najwidoczniej mieszkańcom stacji brakowało zapasów, albo uważali, że
nieproszonym gościom należy zapewnić tylko takie pożywienie, które pozwoli
im utrzymać się przy życiu. Jedzenie, którym mnie poczęstowano, pochodziło
z prawdziwych kosmicznych racji. Owszem  było pożywne i sycące, ale właściwie bez
smaku. Miało tylko zapewnić przetrwanie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl