[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jakby na moment skamieniała. - Proszę pana, co to za niesmaczne dowcipy...
- Ale jakie tam dowcipy, w \yciu bym się nie ośmielił! Jak Boga kocham,
święta prawda!
Za plecami osobnika ukazał się zziajany wyrostek.
- Panie profesorze, jakieś takie na rynku! Całkiem nieludzie! śadną mową nie
gadają, tam wszyscy mówią, \e tylko matematycznie, pan profesor prędko leci, bo
nikt nie umie!
Matematyk spojrzał z niedowierzaniem i zawahał się.
- No, jeśli to są \arty... - zaczął groznie.
- śarty, akurat! - prychnął chłopak i popędził z powrotem.
Osobnik dorosły przytupywał niecierpliwie w progu. Przez klasę szedł ju\
prąd dzikiej emocji. Matematyk uczynił jakiś niezdecydowany gest, po czym rzucił się
ku wyjściu. Z korytarza zawrócił, chwycił kilka kawałków kredy i popędził za
wysłańcami. Młodzie\ opuściła szkołę jeszcze szybciej, częściowo drzwiami, a
częściowo oknem.
Do mieszkania na peryferiach Garwolina wpadła czternastoletnia
dziewczynka, straszliwie zdyszana.
- Mamo, Marsjanie! - wrzasnęła. - Stoją koło PKS-u! Takim czymś
przyjechali!
- Autobusem? - spytała z zaciekawieniem matka dziewczynki, przerywając
obieranie kartofli.
- Ale gdzie tam! Takim srebrnym, z góry nadlecieli i wylądowali na rynku!
Mama idzie zobaczyć! Prędko!
- Co ty mi tu za głupoty opowiadasz! - zirytowała się matka. - A w ogóle co ty
tu robisz? W szkole masz być!
- Całą szkołę rozpuścili, kierownik te\ poleciał! Będzie im rysował geometrię!
Ludzkiego języka nie znają!
Udział w imprezie kierownika sprawił, \e matka uwierzyła. Zdenerwowała się,
porzuciła kartofle i zerwała się z miejsca.
- Jezus Mario., dopust bo\y! Czekaj, gdzie lecisz?! Bierz siatkę! Czekaj, bierz
drugą...!
- Po co?
- Bierz, mówię ci! Jezusie Nazarejski, gdzie ja mam porponetkie...? Cukru
trzeba kupić i mąki! Marsjanie, a tu \adnych zapasów...! I spirytusu...!
Miotając się jak oszalała po mieszkaniu, chwyciła torbę, portmonetkę,
wybiegła do sieni i załomotała pięścią w sąsiednie drzwi.
- Pani sąsiadko! Pani Kaparowa! Sądny dzień będzie, Marsjany przyleciały! Ja
lecę kolejkę zająć w spółdzielni...!
Komendant MO nerwowo dopinał pas i poprawiał kaburę.
- Dzwońcie do Warszawy, do Komendy Głównej - mówił do sier\anta. -
Marsjanie to ju\ ich sprawa, nie nasza. I dzwońcie na wszystkie posterunki dookoła,
jak leci, niech przysyłają ludzi, nie wiadomo, co tu jeszcze będzie. Do Lublina te\
dzwońcie.
- Jakby co, to strzelać? - spytał sier\ant ze słuchawką w ręku i wcią\ z
wyrazem osłupienia na twarzy.
- Niech ręka boska broni! - przeraził się komendant. - Nawet w ostateczności
nie strzelać! Jakby, nie daj Bo\e, trzecia wojna światowa, to będzie na nas! Wezwać
stra\ po\arną... Chocia\ nie, stra\y podobno nie chcą... Ale wojsko! Chocia\ nie,
wojska nie wzywać! Tylko zawiadomić! Jak mają przyjechać, to na własną
odpowiedzialność...!
Z kościoła wyszedł ksiądz i dą\ył w kierunku rynku, dookoła niego zaś leciało
kilka ogromnie zdenerwowanych bab. Ksiądz szedł niechętnie i z wahaniem.
- Pośmiewisko z siebie zrobię - mamrotał pod nosem z wielkim
niezadowoleniem. - To tak, jakby kto wyświęcał tramwaj. Co za ciemny naród...
- Bo jak to jakie mamidło piekielne, to po wyświęceniu zniknie -
przekonywała zdyszana baba.
- A ju\ nijakiej mocy nie będzie miało!
- A jak cały naród wymordują, w kamień i wodę zamienią, to ju\ chocia\ po
chrześcijańsku skonać - dyszała pobo\nie druga.
- Jeśli to rzeczywiście istoty z innej planety, mogą w tym ujrzeć jakąś napaść,
albo co - mruczał z niechęcią ksiądz. - Daj to...
Odebrał kłusującemu obok ministrantowi kropidło i nie zwalniając kroku, jął
kropić wszystko dookoła. Po drodze poświęcił operatora kroniki filmowej. Dotarł do
rynku i zawahał się.
Srebrny pojazd stał nadal, świetlisty krąg powoli wirował nad nim, tłum trwał
dookoła, zapatrzony w zjawisko. Wszyscy spłoszeni wracali ju\ na rynek i wyłazili z
ukrycia. Dwa kosmiczne potwory pilnowały swojej maszyny, trzy pozostałe
nawiązywały kontakt z ludnością.
Nauczyciel matematyki rysował kredą na kocich łbach twierdzenie Pitagorasa.
Rysował je tak ju\ piąty raz, coraz to dalej, usiłując przemieścić istotę z przestrzeni z
nierównego środka rynku na nieco równiejszy chodnik, co wyglądało trochę tak, jakby
wabił kurę. Istota posłusznie człapała za rysunkiem, za nią lazły dwie następne.
Dotarłszy wreszcie do płyt chodnikowych, nauczyciel rozpoczął właściwy
eksperyment. Do dwóch boków trójkąta dorysował kwadraty, spojrzał pytająco i
zachęcającym gestem wyciągnął rękę z kredą. Trzy potwory, z trudem zgięte ku
przodowi, przez chwilę wpatrywały się w chodnik, po czym zbli\yły ku sobie baniaste
łby.
- Co on chce, \eby zrobić? - spytał niespokojnie socjolog głosem, na wszelki
wypadek, zni\onym.
- Twierdzenie Pitagorasa - odparł równie\ z niepokojem doradca do spraw
technicznych. - Trzeba dorysować trzeci kwadrat. Tyle to ja umiem, ale jeśli przejdzie
do matematyki wy\szej...
- Niech pan na razie dorysuje ten kwadrat!
- Jak? Przecie\ się nie schylę!
- No wez to - mówił łagodnie nauczyciel. - No wez to. Nie bój się...
Wszystkie oczy zwrócone były na scenę, rozgrywającą się pomiędzy
pedagogiem a przybyszem z kosmosu. Zemocjonowany tłum dzielił się uwagami, po
większej części szeptanymi, \eby nie zagłuszać mo\liwych zaziemskich dzwięków.
- Aa\ą jak pokraki... [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl