[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie musisz teraz znać szczegółów - odparł Boromir autorytatywnie. - Po co ci to
wiedzieć? Dowiesz się w swoim czasie. Nie myśl teraz o tym, musisz szybko
wyzdrowieć.
Nie myśleć o tym! Aatwo powiedzieć.
- A ty wiesz?
- Tak.
- Powiedz mi.
- Nie. Nie teraz, pózniej. Proszę cię, Faramirze - Boromir uniósł dłoń. - Pózniej.
Faramir nie próbował więc dłużej się dopytywać, przynajmniej na razie. Nie miał też
siły tłumaczyć bratu, że czasami niewiedza jest gorszą męką od wiedzy. Teraz bowiem,
siłą rzeczy, gorączkowo zaczynał zastanawiać się jak zginał ojciec. Co zrobił? Rzucił się
z murów? Przebił mieczem? A może, uchowaj Eru, powiesił...Valarowie... Co za
potworność. Co za niesprawiedliwość losu. Czuł, że nie zapanuje nad łzami. Spróbował
się opanować, bo jakoś niezręcznie było mu płakać, gdy oczy Boromira pozostawały
suche. Odwrócił twarz ku oknu i wtedy właśnie brat przysiadł się bliżej i zdecydowanie,
choć delikatnie, wsunął mu ręce pod plecy przyciągając go ku sobie. Zamknięty w tym
serdecznym i ciepłym uścisku Faramir oparł głowę na ramieniu brata i zapłakał cicho,
dając się ponieść rozpaczy.
Tak samo, jak owego dnia, kiedy przekazano im wieść o śmierci matki.
- Co za szczęście, że on tu jest, przy mnie - pomyślał. - Co za szczęście, że wrócił.
Odetchnął głębiej i przymknął oczy.
Poczuł się ogromnie wyczerpany, jakby całe powietrze z niego uszło. Teraz dopiero
uświadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony.
Ramiona brata zacisnęły się wokół niego. Boromir uścisnął go, a potem uwolnił ze
swych objęć, pomagając mu się ułożyć. Na jego twarzy nie było śladu łez.
Faramir otarł policzki wierzchem dłoni, a potem odetchnął głębiej. Chyba jeszcze
nigdy w swoim życiu nie czuł się tak osłabiony i wyczerpany.
Długą chwilę trwali tak w milczeniu, blisko siebie, napawając się tym, że wreszcie są
razem.
- Jakie to szczęście, że się obudziłeś - powiedział Boromir wreszcie. - Wystraszyłeś
mnie, braciszku - dodał tonem lekkiej pretensji, choć jego spojrzenie pełne było miłości i
oddania.
- Długo spałem?
- Długo - potaknął Boromir. - Z tego co wiem, ponad dobę.
- Ponad dobę?!
- Przespałeś bitwę, mój drogi. Szkoda, że nie widziałeś szarży Rohirrimów i okrętów
w Harlond.
- Przypłynęli korsarze?
- Nie, wprost przeciwnie. Ja.
- Ty? Nic nie rozumiem.
- Czy pocieszy cię, jeśli ci powiem, że ja też nic nie rozumiem? Przynajmniej raz
jesteśmy w tej samej sytuacji.
- Szarża Rohirrimów? Chcesz powiedzieć, że wygraliśmy?- zapytał słabo Faramir,
mrugając oczami, bo słowa brata docierały do niego z opóznieniem. - Czy to znaczy, że
Miasto nie jest oblężone?
- Oczywiście, że nie jest. A jak w przeciwnym wypadku miałbym się tu dostać, mój ty
geniuszu strategii?- Boromir spojrzał na niego, unosząc znacząco brew.
- Na skrzydłach gniewu i po trupach wrogów, tak jak się zawsze chełpiłeś, mój ty
geniuszu wojowania - odparł Faramir z cieniem uśmiechu.
- W zasadzie - Boromir wydął usta w zamyśleniu - dokładnie tak się stało. Można
powiedzieć, że tak właśnie przerwałem oblężenie.
- Sam jeden?
- Czyżbyś wątpił, bracie?
- Przenigdy.
Uśmiechnęli się słabo.
- Brakowało nam tu ciebie - szepnął Faramir. Jego wzrok przesunął się po
wynędzniałej twarzy brata, nieznanej tunice i kolczudze o zębato zakończonych
rękawach, by spocząć na misternie splatanym złotym pasie, którego ogniwa
wyrzezbiono w formie drobnych listków podobnych do głogu. - Tyle miesięcy! Rok
prawie. Gdzieś ty był?
- Spytaj lepiej, gdzie nie byłem - westchnął Boromir i spojrzał na dzban stojący
nieopodal.
- Chcesz pić?- zapytał i nie czekając na odpowiedz sięgnął po naczynie. - Na pewno
chcesz. Jesteś wysuszony na wiór przez tę gorączkę.
Faramir zwilżył spierzchnięte usta językiem, patrząc chciwie na strumień wody
wlewany do pucharu. Dopiero pytanie brata uzmysłowiło mu, jak bardzo jest
spragniony.
Boromir nachylił się i wsuwając mu ramię pod głowę, pomógł mu się unieść.
- Mogę sam, naprawdę... - zaprotestował Faramir.
- Pij, nie dyskutuj.
Posłusznie wypił więc do dna, rozkoszując się każdym łykiem.
- Pójdę rozkazać, by przyrządzili ci coś do jedzenia - Boromir odstawił pucharek i
zebrał się do wstania, ale Faramir złapał go za rękaw.
- Za chwilę - poprosił. - Nie odchodz. Posiedz przy mnie jeszcze chwilę.
- Nie zamierzałem odchodzić, chciałem tylko...-
- Posiedz, proszę.
Boromir ustąpił i zasiadł wygodniej, prostując nogi. Faramir znów złapał się na tym,
że zaczyna gapić się na posiwiałe włosy brata. Te szaro-białe smugi od samego
początku przykuwały jego uwagę, ale jakoś nie mógł się zdobyć, by o nie spytać. Były
tak nierealne i tak nie pasowały do tej kochanej, znanej w każdym szczególe twarzy, że
aż wyciągnął rękę i dotknął ich ostrożnie, przesuwając po długich pasmach palcami.
Boromir biorąc to za zwykły, braterski gest uśmiechnął się do niego. Faramir odgarnął
mu włosy za ramię i zmarszczył brwi - i to, to też było nowe. Przesunął kciukiem po
białej kresce blizny, ciągnącej się poziomo wzdłuż szczęki Boromira. Zlad był
niepokojąco długi, rana musiała być rozległa.
- Co to?  spytał. - Skąd ta blizna?
- Od orkowego bata  wyjaśnił jego brat spokojnie. - Ale ta historia będzie musiała
trochę zaczekać. Nie chcę zaczynać mej opowieści od opisywania dziejów blizn.  I
Boromir uśmiechnął się ponownie. Ale Faramir zamiast się pokrzepić tym widokiem
poczuł nagły chłód. Jego brat uśmiechał się bowiem niczym ktoś, kto wie, jaki grymas
wykonać, by usta ułożyły się do uśmiechu i czyni to, ponieważ jest przekonany, że tak
trzeba, że tego się od niego oczekuje. Boromir nie robił tego w sposób jawnie
wymuszony, po prostu jego usta uśmiechały się, a oczy nie. I było w tym coś
przerażającego. Zmiech Boromira był zawsze bardzo zarazliwy, nawet ojciec nie potrafił
mu się oprzeć. Faramir też bardzo lubił patrzeć na uśmiechającego się brata. Lubił ten
błysk w oku i drobną sieć kreseczek, które tworzyły się poniżej dolnych powiek.
Ten  uśmiech był tak nienaturalny, że Boromir wydał mu się kompletnie
odmieniony. Inny. Obcy.
Wstrzymując dech zapatrzył się w oczy brata i nagle, zupełnie nieoczekiwanie
przypomniało mu się inne spojrzenie, smutne i pełne napięcia. Zwietliste oczy niziołka
spoglądające na niego z wielką powagą i zmęczony głos:
Dokąd radzisz iść? Jakże mógłbym stanąć przed elfami i ludzmi, gdybym teraz zawrócił,
wzdragając się przed ostatnią, najcięższą próbą? Czy przyjąłbyś mnie w Gondorze, gdybym się
tam zjawił z brzemieniem, które noszę i które opętało szaleństwem twojego brata?
Opętało szaleństwem...
Faramir przełknął z trudem, czując nagłą suchość w ustach. Nie! Wszystko tylko nie
to. Tego nie zniesie. Zwiat mógł się zmieniać, walić, ale jego brat pozostawał sobą. Był
niczym skała, zawsze ten sam, niezmienny (złośliwcy powiedzieliby zapewne, że
niereformowalny) i dzięki tej jego niezmienności Faramir był w stanie pokonać wiele
przeciwności losu. Sama świadomość, że może na niego liczyć, zawsze i wszędzie,
dodawała mu sił.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz?- Boromir przechylił lekko głowę.
- Zmieniłeś się - szepnął w odpowiedzi.
- Ba! - powiedział na to Boromir i znów zapadła cisza. Przez chwilę patrzyli na
siebie w milczeniu, a potem Boromir zmarszczył brwi i przybrał swój charakterystyczny
wyraz twarzy, świadczący o tym, że zbiera się do zadania pytania.
- Tak? - Faramir spojrzał na niego pytająco.
- Skąd wiedziałeś - zaczął jego brat z wolna - skąd wiedziałeś, że Aragorn to król?
Czyżby jakieś wieści nas wyprzedziły?
- Nie wiedziałem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl