[ Pobierz całość w formacie PDF ]

miałyby prawa przestąpić progów naszej instytucji.
Sebastian zacisnął usta i pokiwał głową, wyrażając pełną współczucia solidarność.
- Przypuszczam, że wielebny Finley będzie bardziej pomocny - powiedziała pani
Snyder, poprawiając welon. - Panna York była jego ulubienicą.
- Wielebny Finley? - Sebastian poczuł przypływ zainteresowania. Jak dotąd nie trafił
na ślad tajemniczego  F , które pojawiło się dwukrotnie na stronach notesu Rachel. Ale
gdyby Rachel zapałała romantycznym uczuciem do młodego duchownego, opiekuna
przytułku, jej częste w nim wizyty zyskałyby wyjaśnienie.
Pani Snyder ponownie zacięła wargi. Najwyrazniej nie aprobowała także wielebnego
Finleya.
- Jeżeli się pan pospieszy, może pan go zastać na dziedzińcu. Często spędza tam z
dziećmi niedzielne poranki przed mszą.
Dziedziniec był ponurym, wietrznym miejscem, z popękanym brukiem i wydeptaną
trawą wyglądającą gdzieniegdzie spod resztek śniegu. Sebastian postawił kołnierz płaszcza i
przeszedł przez zaniedbany czworokąt w stronę grupki dzieci o wynędzniałych twarzach,
którą dojrzał w odległym kącie dziedzińca oświetlonego skąpym zimowym słońcem. Gdy
zbliżył się, dostrzegł, że dzieci otaczają mężczyznę, który opowiada im bajkę o lwie i króliku
- chudego, przygarbionego starca z łysiną otoczoną wianuszkiem białych włosów, w grubych
okularach zawieszonych na długim, cienkim nosie.
Sebastian zatrzymał się z rękami w kieszeniach taniego płaszcza, i patrzył z
uśmiechem, jak stary ksiądz trzyma dzieci w napięciu jedynie magią słów. Jaki by nie był
charakter relacji Rachel z tym człowiekiem, romantyczne uczucia raczej nie wchodziły w
rachubę.
- Rachel spotkała straszna tragedia - powiedział wielebny Finley, gdy bajka dobiegła
końca, a dzieci pospieszyły do kaplicy. - Okropna sprawa.
- Kiedy zaczęła tu pracować? - spytał Sebastian, spacerując z wielebnym po
dziedzińcu. Stary człowiek zdjął grube szkła i przetarł zaczerwienione powieki.
- Prawie trzy lata temu. To więcej, niż większość kobiet jest w stanie znieść. Zawsze
przychodzą pełne determinacji i dobrych chęci, ale po pewnym czasie mają dość. Widzi pan,
tak wiele maluchów umiera... Nigdy nie mogłem tego pojąć, ale Rachel miała własną teorię;
uważała, że umierają z braku miłości. Przychodziła w każdy poniedziałek po południu i
spędzała czas, tuląc po kolei każde z tych biednych niemowląt. Po prostu je przytulała i
śpiewała im.
Sebastian spojrzał na drugi koniec zaśnieżonego dziedzińca, gdzie przełożona Snyder
uwijała się, ustawiając dzieci w pary przed drzwiami kaplicy.
- To dość niezwykłe zajęcie dla takiej kobiety, prawda?
- Znaczy, dla uznanej aktorki? - wielebny wzruszył ramieniem. - Rachel była
niezwykła. Większość ludzi, gdy udaje im się wydostać z trudnej sytuacji, szybko zapomina o
tym, co pozostawili za sobą. Rachel nie zapomniała.
- Przecież Rachel nigdy nie była podrzutkiem.
- Nie. Za to wiedziała jak to jest być samotnym, pozbawionym przyjaciół dzieckiem -
wielebny urwał, a na jego twarzy odbiły się troska i niepokój. - Czasem się zastanawiam...
- Nad czym?
Na końcu dziedzińca samotny dzwon kaplicy zaczął wydzwaniać jednostajnie
godzinę. Starzec zmrużył oczy, wpatrując się w niewielką iglicę. - Przez ostatni miesiąc, może
dłużej, Rachel wydawała się być inna niż zwykle. Jakby czymś zmartwiona, a nawet
przerażona. Ale nigdy o to nie pytałem. Ostatnio, gdy usłyszałem, co się stało... Nie mogę
przestać myśleć, że może popełniłem błąd. Może mógłbym jej jakoś pomóc, gdybym był
tylko zapytał.
- Nie domyśla się ojciec, czego mogła się bać? Finley potrząsnął głową.
- Nie. %7łałuję, że mi się nie zwierzyła, ale nie zrobiła tego.
- Czy wiedział ojciec, że zamierzała opuścić Londyn? Starzec podniósł wzrok,
zaskoczony.
- Nie, nie miałem pojęcia.
- A przychodzi ojcu na myśl, dokąd mogła się udać? Duchowny zastanawiał się przez
chwilę.
- Nie. Nie wyobrażam sobie, by miała wrócić do Worcestershire.  Nie , pomyślał
Sebastian,  tam by nie wróciła . [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl