[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Moja droga, jesteś jeszcze bardzo młoda i nie znasz życia... -
zaczął Geoffrey.
- Mam już dwadzieścia pięć lat. Czy dostałeś moje
podziękowanie za kwiaty? To miło, że mi je posłałeś - zmieniła
temat.
- Tak. Wracając do tego, co mówiłem. Pamiętaj, że
namiętność przemija. To przyjazń jest największym skarbem.
Może trwać przez całe życie.
- Masz absolutną rację. Wiesz, on bardzo mi się podoba.
- Nie popełnij jakiegoś głupstwa. Czekaj na tego, kto doceni
twoje cnoty.
- Dobrze, ale muszę kończyć rozmowę, bo czeka mnie jeszcze
mnóstwo pracy.
Pożegnała się z bratem i ponownie zabrała się do liczenia.
Dwadzieścia minut pózniej znowu zadzwonił telefon.
RS
92
- Cześć, Dino. Mówi Tony.
- Cześć. Jak się masz?
- Dobrze.
- Dziękuję ci za bombonierkę. Pamiętałeś o moich ulubionych
czekoladkach.
- Cieszę się, że sprawiłem ci przyjemność. Wiesz, dzwonię,
bo Joe mi powiedział, że zadajesz się z nieodpowiednim
facetem. To samo mówił Geoff. Właściwie to chyba wiedzą, kto
to jest.
Zapadła cisza. Dina poczuła, że ma na rękach gęsią skórkę.
- A kto mianowicie?
- Sloan Carradine. Dina osłupiała.
- Sloan? Co za głupi pomysł - powiedziała chłodno. Ze
strachem pomyślała, że jej zabawna historyjka o fikcyjnym
facecie może się okazać fatalna w skutkach.
- Jutro po pracy jedziemy do Denver, żeby pogadać z nim w
jego biurze.
- Jak to .jedziemy"?
- Pomyślałem, że dołączę do Joego, ale sam nie wiem, czy
powinienem.
- Czy Nick też jest w to wciągnięty?
- Niestety, tak. Czy chcesz, żebym powiedział o tym twojemu
ojcu?
- Nie! Już i tak mu podpadłam. Gdyby usłyszał te bzdury,
które im naopowiadałam...
- Więc nic cię nie łączy z tym mężczyzną?
- Oczywiście, że nie, ale Sloan mi się podoba... - dorzuciła, bo
tak nakazywał jej honor.
- Rozumiem - odparł bez wahania.
Dina wiedziała, że może liczyć na wyrozumiałość Tony'ego.
Kochał ją, ale nie był zaborczy. Nadal pozostali przyjaciółmi.
- Proszę cię, spróbuj powstrzymać moich nieobliczalnych
braci. A ja powiem Sloanowi, żeby jutro opuścił biuro i ukrył się
gdzieś do czasu, zanim ci szaleńcy odzyskają rozum.
RS
93
- Dobrze. Trzymaj się. Dobranoc.
Po rozmowie z Tonym Dina wzięła do rąk książkę
telefoniczną i zaczęła szukać numeru Sloana. Niestety nie było
go w spisie.
W takim razie jutro odwiedzę go w biurze. Postaram się
uratować mu życie... A już na pewno jego nos. Gdy Joseph coś
postanowi, trudno go powstrzymać, pomyślała i zabrała się do
pracy.
RS
94
ROZDZIAA SMY
Dina cieszyła się, że pierwszą rzeczą, którą zrobiła tego ranka,
było skontaktowanie się z biurem Sloana.
Sekretarka powiedziała, że jej szef ma spotkania przez cały
ranek, ale już w południe będzie wolny To była dobra
wiadomość. Niestety, radość Diny trwała krótko. Zadzwonił
Tony i poinformował ją, że jej bracia także sprawdzili rozkład
zajęć adwokata i zamierzają zjawić się u niego w samo
południe.
Dina spojrzała na zegarek. Była jedenasta, więc pozostało
niewiele czasu. Ponownie zadzwoniła do kancelarii Sloana, ale
nie mogła z nim rozmawiać, bo miał spotkanie z klientem.
- Proszę przekazać panu Carradine'owi, żeby zatelefonował do
mnie jak najprędzej. To bardzo ważna sprawa - poprosiła,
starając się opanować zdenerwowanie.
- Oczywiście, przekażę mu tę wiadomość - odparła sekretarka
oschłym tonem.
Dina zastanawiała się, co powinna zrobić i czy w ogóle ma
jakieś zobowiązania wobec Sloana. Może nie powinnam się do
tego wtrącać i całą sprawę pozostawić mężczyznom, rozważała.
Sloan da sobie radę. Jak znam życie, to wszystko może się
skończyć w barze przy piwie. Już wkrótce będą się szczerze
śmiać z tego nieporozumienia, pocieszała się.
Był kwadrans po jedenastej.
Znowu opadły ją wątpliwości co do metod działania jej braci.
To, co oni nazywali sprawą honoru, czasami graniczyło z
barbarzyństwem. Na pewno będą ciągnąć słomki. Ten, który
wyciągnie najkrótszą, pobije Sloana. Chyba że potencjalna
ofiara zdąży uciec. A może wystarczy, że ona przemówi im do
rozumu? Sloan potwierdzi, że nie jest starszym mężczyzną z
mojej opowieści, rozmyślała Dina.
Niestety, bracia Dorelli byli porywczy. Tak więc może się
zdarzyć najgorsze. Jeden z nich może pobić adwokata, nie
RS
95
słuchając jego tłumaczeń. Dina wątpiła w to, aby Sloan potrafił
się bić. Pochodził ze Wschodniego Wybrzeża i ze środowiska, w
którym problemy zapewne nie są rozwiązywane za pomocą
pięści.
Była już jedenasta trzydzieści pięć, a telefon milczał jak
zaklęty. W końcu Dina podjęła decyzję. Włożyła do teczki
papiery, nad którymi pracowała, i wyszła z biura.
W mieszkaniu spakowała do małej torby najniezbędniejsze
rzeczy na weekend.
Gdy wychodziła, zauważyła mrugające światełko na
automatycznej sekretarce. Odsłuchała nagranie. To był Tony,
który radził przyjaciółce, aby natychmiast pojechała do Sloana.
Powiedział, że Joseph wyciągnął najkrótszą słomkę i jest w
bardzo bojowym nastroju.
Dina nie miała ani chwili do stracenia. Nie zważając na
przepisy drogowe, zaparkowała przed biurowcem, w którym
mieściła się kancelaria adwokacka, W spisie odszukała numer
lokalu i weszła do windy. Gdy z niej wysiadała, prawie wpadła
na Sloana.
- Sloan! Bogu dzięki, że cię zastałam! - wykrzyknęła,
rozglądając się nerwowo. - Musisz uciekać z miasta.
-.Właśnie wychodzę - poinformował ją, uśmiechając się
figlarnie.
W tym momencie otworzyły się drzwi drugiej windy. Na
szczęście nikt z niej nie wysiadł. Była pusta. Dina stała,
sparaliżowana ze strachu.
- Czy oczekujemy kogoś szczególnego? - spytał Sloan.
- Tak! Moich braci! Ale lepiej, żebyś ich teraz nie zobaczył.
- Nie rozumiem. Co się dzieje?
Dina nie odpowiedziała. Wsiadła do windy i pociągnęła za
sobą Sloana. W drodze na dół wyjaśniła, że jej bracia jadą tutaj,
aby go pobić.
Ku jej zaskoczeniu tylko się roześmiał.
- Ale dlaczego mieliby to zrobić?
RS
96
- Oni... No, wiesz, czasami coś sobie ubzdurają. Pózniej ci to
wyjaśnię. Teraz musimy wydostać się z miasta. Potem wszystko
ucichnie i będę mogła z nimi spokojnie porozmawiać.
- Dokąd jedziemy?
- Na twoje ranczo. Możesz się tam ukryć...
- Nie zamierzam się ukrywać - przerwał stanowczo i
zatrzymał się na chodniku.
Wtedy Dina zauważyła na rogu ulicy czerwonego pikapa
Josepha, Ponieważ była to ulica jednokierunkowa, musiał
okrążyć budynek.
Nadal mieli dosyć czasu na ucieczkę.
- Pośpiesz się - ponagliła Sloana, popychając go w kierunku
swojego samochodu. Odjechali z piskiem opon.
- Więc tak wygląda ucieczka przed pościgiem - powiedział z
uśmiechem. - Zawsze się zastanawiałem, czy to może być
zabawne. Zaczyna się niezle. Możemy się czuć jak Bonnie i
Clyde - dodał i puścił do niej oko.
- To nie jest żaden kawał - poinformowała go Dina. Skręciła
za róg i w ostatniej chwili przejechała na zielonym świetle.
Skierowała się na zachód. Jechała za szybko.
- Wydaje mi się, że dopuszczalna prędkość w mieście nadal
wynosi pięćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę - zauważył
Sloan.
Dina rzuciła mu gniewne spojrzenie, ale trochę zwolniła.
Jechali w milczeniu do chwili, aż ruch na drodze się zmniejszył. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl