[ Pobierz całość w formacie PDF ]

błędów. Trzeba to przepisać, panno Jones".  Woda się gotuje, skarbie, niech pani zrobi herbatę".  Znam takie jedno miejsce,
gdzie świetnie robią trwałą". Trywialna, nudna codzienność! A tu - Kair, Bagdad, Teheran - wszystkie wspaniałości Wschodu
(i do tego Edward...).
Victoria wróciła na ziemię: jej pracodawczyni - niezmordowanie gadulska, jak już zdążyła zauważyć Victoria - kończyła
właśnie dłuższy wywód:
- ... i, wie pani, właściwie nic nie jest czyste. Zawsze bardzo uważam z jedzeniem. Ten smród na ulicach i bazarach, nie może
pani sobie nawet wyobrazić! A te niehigieniczne szmaty, które oni noszą! A niektóre toalety! Trudno je w ogóle nazwać
toaletami!
Victoria posłusznie wysłuchiwała tych przygnębiających opinii, ale czar nie prysnął. W jej wieku człowiek nic sobie nie robi z
brudu czy zarazków. Dojechali na Heathrow i Victoria pomogła pani Clipp wyjść z autobusu. Miała już pod swoją pieczą
paszporty, bilety, pieniądze itp.
- Mój Boże - powiedziała pani Clipp. - Jak to dobrze, że mam panią przy sobie. Naprawdę nie wiem, jak bym sobie sama
poradziła.
 Podróż samolotem - myślała Victoria - przypomina wycieczkę szkolną. Nauczyciele, energiczni, mili, stanowczy, opiekuńczy
przeprowadzają dzieci za rękę przez każdy zakręt. A stewardesy, wystrojone w mundurki, z powagą guwernantek zajmujących
się słabo rozwiniętymi dziećmi, tłumaczą łagodnie, co należy zrobić. Aż się prosi, żeby jeszcze mówiły: A teraz, dzieci..." -
pomyślała Victoria.
Znudzeni młodzieńcy jak automaty wyciągali rękę po paszport, wypytywali poufale o pieniądze i biżuterię, budząc w
człowieku poczucie winy. Victoria, z natury łatwo poddająca się sugestii, zapragnęła nagle opisać swą jedyną skromną broszkę
jako diamentową tiarę wartą dziesięć tysięcy funtów, tylko dlatego, by zobaczyć wyraz twarzy znudzonego młodzieńca.
Powstrzymała się jednak na myśl o Edwardzie.
Po przejściu rozmaitych kontroli, pasażerowie usiedli i znowu czekali, tym razem w obszernym pomieszczeniu z
bezpośrednim widokiem na lotnisko. Dochodzący z zewnątrz huk rozgrzewającego się silnika był najbardziej odpowiednim
akompaniamentem dla tego widowiska. Pani Hamilton Clipp z rozkoszą zagłębiła się w monolog o współpasażerach.
- Co za urocze dzieci, te dwa aniołki! Ależ to katorga podróżować tak z dziećmi bez żadnej pomocy. To chyba Anglicy. Matka
ma świetnie skrojony kostium. Ale wygląda na zmęczoną. Jaki przystojny mężczyzna! Wyrazny typ latynoski. A cóż to za
krzyczącą szachownicę ma na sobie ten człowiek? W bardzo złym guście. Na pewno jakiś biznesmen. Tamten, o tam, to
Holender, stał przed nami przy kontroli. Ta rodzina tutaj to Turcy albo Persowie. Nie widzę w ogóle Amerykanów. Pewno
latają Pan American. A ci trzej panowie rozmawiający ze sobą są na pewno z koncernu naftowego, jak pani myśli? Uwielbiam
patrzeć na ludzi i zgadywać, kim są. Mąż twierdzi, że mam prawdziwy dar zgłębiania natury ludzkiej. Dla mnie to normalne,
że człowiek interesuje się drugim człowiekiem. Założę się, że to futro z norek kosztowało trzy tysiące dolarów.
Pani Clipp westchnęła. Dokonała już co prawda oceny swoich towarzyszy podróży, ale była niezmordowana.
- Chciałabym wiedzieć, na co my właściwie czekamy. Ten samolot rozgrzewał się już cztery razy. Sterczymy tu i sterczymy.
Dlaczego nas nie puszczają? Na pewno mamy opóznienie.
- Nie ma pani ochoty na filiżankę kawy? Mogę skoczyć do bufetu.
- Nie, dziękuję, panno Jones. Piłam kawę przed wyjazdem na lotnisko, mam zresztą tak rozstrojony żołądek, że wszystko
mogłoby mi zaszkodzić. Na co my właściwie czekamy?
Odpowiedz się znalazła, nim jeszcze skończyła pytanie.
Drzwi prowadzące z korytarza, od kontroli celnej i paszportowej, otworzyły się gwałtownie i jak huragan wypadł z nich
wysoki mężczyzna. Urzędnicy linii lotniczych obskakiwali go ze wszystkich stron. Pracownik BOAC niósł dwa duże
zapieczętowane płócienne worki.
Pani Clipp podniosła się z miejsca z ożywieniem.
- To jakaś gruba ryba - zauważyła.
 I nie ukrywa tego" - pomyślała Victoria.
W spóznionym pasażerze była jakaś wykalkulowana pogoń za sensacją. Miał na sobie ciemnoszary płaszcz z wielkim
kapturem. Na głowie nosił coś na kształt dużego sombrero, ale w jasnoszarym kolorze. Miał srebrne, dość długie kręcone
włosy i wspaniałe srebrnoszare wąsy zakręcone na końcach. Wyglądał jak piękny rozbójnik na scenie. Victoria nie lubiła
upozowanych teatralnych ludzi i przyglądała mu się z niechęcią.
Stwierdziła z niezadowoleniem, że urzędnicy na lotnisku nadskakiwali mu na wyścigi.
- Tak, sir Rupert. Oczywiście, sir Rupert. Samolot zaraz wystartuje, sir Rupert.
Sir Rupert, powiewając połami obszernego płaszcza, przeszedł przez drzwi prowadzące na lotnisko. Drzwi zatrzasnęły się za
nim gwałtownie.
- Sir Rupert - mruknęła pani Clipp. - Ciekawa jestem, kto to jest.
Victoria pokręciła głową na znak, że nie wie, chociaż miała niejasne uczucie, że powierzchowność sir Ruperta nie jest jej obca.
- Może to ktoś u was w rządzie? - zasugerowała pani Clipp.
- Nie wydaje mi się - odparła Victoria.
Nieliczni członkowie rządu, których miała okazję ujrzeć na własne oczy, zrobili na niej wrażenie ludzi, którzy przepraszają za
to, że żyją. Tylko na trybunach zachowywali się w sposób pompatyczny i pouczający.
- Proszę państwa - powiedziała elegancka stewardesa--guwernantka - proszę zajmować miejsca w samolocie. Tedy, proszę się
pospieszyć.
Jej sposób zachowania sugerował, że wyrozumiali dorośli tracą czas przez bandę małych próżniaków.
Pasażerowie wysypali się na lotnisko.
Wielki samolot stał na pasach, silnik pracował, mrucząc jak olbrzymi, zadowolony lew.
Victoria i steward pomogli pani Clipp wsiąść do samolotu i zająć miejsce. Victoria usiadła obok niej, przy przejściu. Dopiero
kiedy już usadowiła wygodnie panią Clipp i sama zapięła pasy, zauważyła, że przed nimi siedzi ów ważny gość.
Drzwiczki się zamknęły. W kilka sekund pózniej samolot powoli ruszył po pasach.
 Naprawdę lecimy - pomyślała Victoria w ekstazie. -Można mieć trochę stracha. A nuż nigdy nie oderwie się od ziemi?
Zupełnie sobie tego nie wyobrażam".
Samolot kołował bez końca wzdłuż lotniska, potem powoli zawrócił i zatrzymał się. Rozpoczął się dziki ryk silników.
Rozdawano gumę do żucia, cukierki i watę.
Coraz głośniej i głośniej, coraz wścieklej ryczały silniki. I znowu samolot ruszył. Najpierw powolutku, potem szybciej i
jeszcze szybciej - maszyna pędziła po ziemi.
 Nigdy się nie oderwiemy - pomyślała Victoria. - Zginiemy".
Szybciej, płynniej, bez drgań, bez wstrząsów - byli w powietrzu, szybowali w górę, robili koło, lecieli nad parkingiem i główną
szosą, w górę, wyżej - w dole śmieszna mała dymiąca kolejka, domki dla lalek, samochodziki. I jeszcze wyżej; nagle ziemia
stała się nierzeczywista, przestała być czymś ludzkim i żywym - po prostu wielka mapa, a na niej linie, koła i punkty.
Pasażerowie w samolocie odpięli pasy, zapalili papierosy, otworzyli pisma. Victoria znajdowała się w nowym świecie, którego
długość sięgała wielu metrów, a szerokość zaledwie kilku, w świecie zamieszkanym przez dwadzieścia-trzydzieści osób. I nic
innego nie istniało.
Wyjrzała przez okienko. Pod nimi - chmury, puszyste warstwy chmur. Samolot leciał w słońcu. Gdzieś w dole, pod chmurami,
znajdował się świat, jej dotychczasowy świat. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl