[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wśród grani i szczytów.
Pod wieczór po raz trzeci zszedł do doliny. Zatrzymał się poniżej siklawy.
Niecierpliwie patrzał na drogę ginącą wśród kosówek i głazów, przyprószoną szarugą.
Zachciało mu się pić. Zbiegł po głazach do potoku, położył się na kamieniach i zanurzył usta
w lodowatej wodzie. Pociągnął kilka łyków. Nagle tuż nad sobą usłyszał spokojny głos:
- Dobry weczer, pane!
Drgnął. Przeraził się na samą myśl, że dał się tak nagle zaskoczyć. Gdy spojrzał w
górę, zobaczył nad sobą starego słowackiego Górala. Stał wsparty na wyciętym z leszczyny
kiju, przyglądał mu się z błyskiem zainteresowania w małych, ciemnych oczkach. Był
przygarbiony i bardzo stary. Spod góralskiego, wysmarowanego tłuszczem kapelusza
wymykały się kosmyki niemal białych włosów. Twarz miał pożółkłą, pokrytą gęstą siecią
zmarszczek.
- Dobry weczer - odpowiedział Andrzej.
Stary zaczął się zbliżać. Gdy szedł, nogi pod nim drżały.
- Nie macie, pane, kawałka chleba? - zapytał zatrzymując się przy wielkim głazie,
sterczącym nad potokiem wśród kępy kosówki.
- yleście trafili, dziadku - powiedział Andrzej przyjaznie. - Sam chętnie zjadłbym
kawałek chleba.
Stary ogarnął go nieco zawiedzionym spojrzeniem. Ocenił jego ubiór, zlustrował
zmęczoną twarz i pokiwał głową.
- Myślałem, żeście turysta, a turyści z pełnymi plecakami chodzą.
- Widzicie, dziadku, że nie mam plecaka.
- A skądże ty, chłopcze, jesteś? - Słowak przeszedł na bardziej kordialny ton. - Co ty
tu robisz?
- Wodę piję - odrzekł wymijająco.
- Widzę, że wodę pijesz, ale co tu robisz?
- Pstrągi łapię - zaśmiał się żartobliwie Andrzej, Stary podobał mu się. Miał jasną,
dobroduszną twarz i ciepłe spojrzenie. - A wy, dziadku? - zapytał.
Starzec zaśmiał się cienko. Zachrypiało mu w gardle.
- Ja tam stary - machnął ręką.
- Stary, ale po górach jeszcze chodzicie.
- Ej, chodzę, chodzę - powtórzył w zamyśleniu.
Andrzej wspiął się na brzeg potoku. Usiadł na kamieniu. Zachęcającym gestem
wskazał na miejsce obok siebie.
- Siadajcie, dziadku. Pewno nogi was bolą. Stary usiadł, dysząc ciężko.
- Zakurzycie papierosa? Stary potrząsnął głową.
- Nie. Papierosów ja nie kurzę. Fajkę to bym zapalił, ale teraz dobrego tabaku nie ma.
Andrzej zapalił papierosa. Z wzrastającą ciekawością przypatrywał się Góralowi.
Widział w nim postać niezwykle dziwną i tajemniczą, jakby wskrzeszoną ze starych gadek
góralskich.
- Wy skąd? - zapytał.
- Z Podbańskiej.
- Toście daleko uszli - powiedział z podziwem. Stary westchnął, odchrząknął, potem
uniósł trzęsącą się dłoń i zatoczył nią krąg.
- Dyć to moja dziedzina. Wszystko dokoła moje - spojrzał na Andrzeja szeroko
rozwartymi oczami. Andrzeja coś zdławiło. W starczych, wyblakłych oczach zobaczył obłęd.
- Toście bogaci, dziadku - rzekł wciąż jeszcze żartobliwym tonem.
- Bogaty?... Dyć bogaty, ino jeść nie ma co... - Jeszcze raz powiódł trzęsącą się, okrytą
żółtymi plamami ręką. - To wszystko moje, od Krywania aż po Czerwone Wierchy. Wierchy
moje, doliny moje, potoki moje, hale moje... Ino jeść nie ma co. Słuchaj - złapał Andrzeja za
rękaw wiatrówki - pstrągi możesz łowić, świstaki możesz łapać, na kozice polować, ino
jednego nie wolno ci robić... - Urwał nagle i spojrzał na Andrzeja obłąkanymi oczami.
- Bądzcie spokojni, dziadku - powiedział Andrzej uciekając od jego spojrzenia - ja
niczego wam nie zabiorę.
- Nie wolno ci tego robić - powtórzył stary. - Czego, dziadku?
Góral nachylił się ku niemu. Jego oddech wionął gorzkim odorem próchniejących
zębów.
- Nie wolno ci szukać skarbów - wyszeptał i zaniósł się suchym, starczym kaszlem.
Andrzej odsunął się od niego. Patrzał w siwe oczy, które w tej chwili nabrały
chorobliwego blasku.
- Nie bójcie się, dziadku. Mnie skarbów nie trzeba.
- Nie wolno ci... - powtórzył stary. - To wszystko moje... Pod Krzyżnem Liptowskim
jest cały kotliczek z talarami. Tyle złota, że tęgi chłop nie udzwignie. To moje...
- To dlaczego go nie wezmiecie?
- Jeszcze nie pora. Teraz ino pilnuję, żeby kto inny nie zabrał, Chodzą tu. Szukają. Ale
oni nie znajdą. Ja tylko wiem, gdzie jest zakopany kotliczek. Pełno złota. Tyle złota, że jeden
tęgi chłop nie uniesie. Same terezjańskie talary. %7łebyś ty ino pod Krzyżne Liptowskie nie
chodził.
- Nie bójcie się, dziadku, mnie talarów nie trzeba.
- Słuchaj - chwycił go mocniej za rękaw - i tu w Niewcyrce są skarby. Tylko nikt nie
wie gdzie. Ale ja wiem. Ja o wszystkich skarbach wiem. Ja pilnuję. Dlatego tu przychodzę.
Ino ty nic nie szukaj. Tu, w Niewcyrce, jest wielka żelazna skrzynia. Pełno w niej złota. Taka
skrzynia, że dziesięciu chłopów nie udzwignie. To wszystko moje...
- Nie bójcie się - Andrzej uśmiechnął się wyrozumiale - ja nie potrzebuję. Gdybyście
mi przynieśli bochenek chleba, trochę cukru i soli, to byłbym wam bardzo wdzięczny.
Przyszło mu na myśl, żeby poprosić starego o tę przysługę. Może się zgodzi. Jeśli uda
się pierwsza próba, to dziadek będzie mógł przynosić mu żywność z Podbańskiej.
- Chleba? - zapytał stary. - A skąd ja ci chleba wezmę. Złota to bym ci dał pełną garść.
Ale jeszcze nie pora. Miszko jeszcze do mnie nie przyszedł...
- Miszko? - zdumiał się Andrzej.
- Dyć Miszko - wyszeptał stary. - On mi te skarby zlecił. On mi powiedział: "Słuchaj,
Ondrasz, daję ci to wszystko, com u madziarskich grafów zrabował. Będziesz tych skarbów
pilnował. A gdy przyjdzie czas, to ci powiem: Ondrasz, bierz, ile chcesz, to wszystko
twoje."
- Miszko to zbójnik?
Stary uniósł do góry trzęsącą się dłoń.
- Ej, zbójnik nad zbójniki. Ja ci mówię, że to był zbójnik nad Janosika.
Andrzej położył mu dłoń na kościstym ramieniu.
- Widzicie, dziadku, na Miszka musicie czekać, a ja wam dam pieniądze od razu.
Kupicie dwa bochenki chleba. Jeden dla mnie, jeden dla siebie. Przyniesiecie mi trochę cukru
i soli. Pogodzimy się jakoś. A jeśli zechcecie, to pomogę wam waszych skarbów pilnować.
Stary zmarszczył żółte jak pergamin czoło. Uniósł dłoń do skroni. Zastanawiał się, jak gdyby
nie mógł zmiarkować, co Andrzej mówi do niego. Wreszcie puścił dłoń.
- A ty kto jesteś?
- Ja?...
- Może ty też skarbów szukasz?
- Mówiłem wam, że mnie skarbów nie trzeba.
- To po coś tu przyszedł?
Andrzej nachylił mu się do ucha i szeptem powiedział;
- Ja dezerter, z wojska zdezerterowałem. Skłamał jedynie dlatego, że nie chciał
dziadkowi tłumaczyć swej zawiłej historii.
- Dezerter?... - zdziwił się stary. - A gdzie mundur, a gdzie gwer? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl