[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Z okazji odznaczenia Mitręgi odbyła się w kasynie mała uroczystość. Major Tończyk,
nasz kadrowiec, opowiedział mi wtedy o jeszcze jednym nie znanym mi dotąd dziwactwie
Mitręgi. Podobno pniak co roku starał się o przeniesienie do służby nad granicę. W tym celu
zanudzał sztab podaniami. Nie potrafił jednak wskazać dość przekonywających argumentów.
Jako uzasadnienie podawał tylko stale:  Chcę bić faszystowskich agentów .
- Widzicie - wyznał mi nieco zakłopotany kadrowiec - u nas... no trzeba przyznać...
pewne słowa wyświechtały się, straciły moc... Jak wam tu powiedzieć... no, nie braliśmy tego
uzasadnienia Mitręgi dosłownie. Uważaliśmy je za zwykły frazes. Uporczywość, z jaką
powtarzał w każdym podaniu ten formalny zwrot wprawiała nas raczej w zakłopotanie. To
natrętne podkreślanie swej ideowości brzmiało jakoś deklaratywnie i nieszczerze. Sądziliśmy,
że w ten niezręczny sposób chce się po prostu upomnieć o awans, o lepszą funkcję.
Wiecie, on był niedokształcony. Przez szkołę oficerską przepchał się niemal fuksem, na
fali początkowego braku kadr. Co roku chcieliśmy go zdemobilizować. Zapewnialiśmy mu
nawet odpowiednią pracę w cywilu. Bronił się. Czynił starania, pisał protesty i prośby do
ministerstwa, do partii. No i tak się odwlekało...
-  Bić faszystowskich agentów - powtórzył cicho major. - Widzicie, czasem jednak to
nie są frazesy. Ten jego czyn przywraca znaczenie słowom...
W tydzień pózniej wezwał mnie zdenerwowany pułkownik.
- Jak właściwie jest ze zdrowiem Mitręgi? - zapytał z miejsca.
- Zupełnie w porządku - odparłem zdumiony.
Pułkownik skinął głową.
- Przypuszczałem, że to tylko pretekst - mruknął.
Chwilę bębnił palcami po biurku, a potem odwrócił się do mnie:
- Wiecie... Mitręga ucieka nam z WOP-u. Chcieliśmy mu dać dowództwo strażnicy, a
on... wyobrazcie sobie, złożył podanie o zwolnienie ze służby.
Słuchałem zelektryzowany.
- Czy tak postępuje prawdziwy żołnierz? - W słowach pułkownika była gorycz. - Zdaje
się, że mieliście rację, kapitanie - tamto w strażnicy, to nie była prawdziwa żołnierska
historia. To był czyn cywila-maniaka.
- Tak się nie wyraziłem - sprostowałem.
- Eh, psychologista - przerwał mi rozdrażniony pułkownik. - Nie komplikujmy życia,
kapitanie. Zbadałem dokładnie sprawę. On tam załatwiał, że tak powiem, swoje osobiste
sprawy.
Pułkownik uśmiechnął się gorzko...
- Byliście kiedy w Górach Zwiętokrzyskich? - zapytał mnie nagle, i nie czekając na
odpowiedz mówił dalej. - Jest tam, jak wiecie, rezerwat przyrody. W 1936 roku przeniesiono
do puszczy z nadleśnictwa Dyminy młodego gajowego nazwiskiem Mitręga. Przeniesiono go
za to, że nie dość skutecznie zwalczał złodziei leśnych. W rezerwacie otrzymał łatwiejsze
zadanie. Karmił jelenie, wypuszczał z sideł zające i lisy. W roku 1937 kazano strażnikom z
rezerwatu przypiąć narty i uczono ich jazdy w terenie górskim i lesistym. Kto nie nauczył się,
tracił posadę. Mitręga się nauczył.
W czasie wojny kilka razy w jego gajówce nocowali partyzanci AL. Pewnej nocy w
zimie z czterdziestego trzeciego na czterdziesty czwarty  rycerze z Brygady Zwiętokrzyskiej
wrzucili mu wiązkę granatów przez okno. %7łona i synek padli trupem na miejscu. Drugie
dziecko, córka, straciła oczy. Mitręga z oślepłą dziewczynką wyskoczył przez okno i pod
strzałami uciekł do lasu.
Dziecko przygarnął klasztor na Zw. Katarzynie. Mitręgę - oddział AL. Broni nie dostał,
bo nie było. Dzwigał prowianty. W jesieni czterdziestego czwartego roku wyrwawszy się z
okrążenia resztki oddziału przedostały się na przyczółek baranowski. W styczniu wojska
poszły na zachód - Mitręga został. Z  kabekiem na plecach pilnował węgla w Sandomierzu.
Po wojnie zgłosił się do WOP-u. Miał duże luki w wyszkoleniu, nigdy nie zdołał ich
wypełnić. Pracował w administracji i w zaopatrzeniu...
- ...a chciał zmierzyć się w cztery oczy z faszystą - dokończyłem.
Pułkownik przerwał i spojrzał na mnie spode łba.
- Chciał osobistej zemsty - mruknął. - Widzę, że znacie tę historię.
Teraz już znałem. Zdawało mi się, że rozumiem wszystko w sprawie Mitręgi. Byłem
wstrząśnięty. Więc to dlatego... Przed oczyma stanęła mi jego walka na lawiniastym zboczu i
przy ognisku... Całe to dziwne igranie z diabłem i całe pózniejsze milczenie. Tak, rozumiałem
go dobrze. Ten człowiek smakował w owocach nienawiści i bał się, żebyśmy go nie
przejrzeli, bo to było uczucie wstydliwe.
Jemu nie wystarczało abstrakcyjne zwycięstwo nad wrogiem, gdzieś na dalekim froncie.
To miało być zadośćuczynienie bardzo konkretne, namacalne i bliskie. Jak bliski był huk
granatów w gajówce, jak namacalne były puste oczodoły w twarzy oślepionego dziecka...
Długo czekał na taki pojedynek w sprawiedliwszych warunkach. I to mnie zdumiewało
najbardziej... Jak ten człowiek przez osiem lat... - Czerski zapatrzył się w okno. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • typografia.opx.pl